Bogdan Chęsy

Dzieciństwo i młodość Tadeusza w oczach młodszego brata

Tadek był moim o dwa lata starszym bratem. Nasi rodzice przybyli do Bydgoszczy w 1946 roku z Dobska, nadgoplańskiej wioski liczącej około 20 gospodarstw. Mama miała wtedy 23 lata, a tato był o rok starszy. Jedyny ich majątek to młodość i wzajemna miłość, która zaowocowała czwórką dzieci. Tadek urodził się pierwszy w 1946 roku. Po dwóch latach przyszedłem na świat ja (Bogdan), po 7 latach siostra Urszula i na koniec po 14 latach siostra Grażyna.

Początkowo rodzice zamieszkali na Jarach, a po roku otrzymali pokoik z kuchenką, ok. 30 m kw. wszystkiego, w czterorodzinnym domu na Szwederowie. Osiedle to było wtedy zamieszkiwane przez rodziny robotniczo-rolniczo-ogrodnicze. Po drugiej stronie ulicy mogliśmy zaopatrywać się w świeżutkie produkty mleczno-drobiarskie, warzywa i owoce. Jak sobie przypominam, było to bardzo zielone osiedle. Mieliśmy wiele przestrzeni do zabaw w podchody, gry w piłkę, palanta itp. Było blisko nad jeziorko u Duchaczy i stosunkowo niedaleko do Chmielnik.

Ci, którzy urodzili się w latach czterdziestych i pięćdziesiątych pamiętają jak wyglądało życie w tamtym czasie. Jedynym radiem był „kołchoźnik”, który nadawał na jednej fali. Pamiętam jak dziś, gdy gromadziliśmy się przy głośniku i słuchaliśmy wiadomości albo audycji „Matysiakowie”. Bardzo często brakowało prądu i trzeba było siedzieć w domu przy lampie naftowej albo przy świecach. Ubikacja była gdzieś w podwórzu, a woda w studni przy domu w ogrodzie. Do mycia i kąpieli służyły duża miska oraz wanienka, które wykorzystywane były też do prania ręcznego. Nie było przecież pralek. Mieliśmy możliwość udania się do łaźni miejskiej przy ul. Orlej, ale z niej korzystaliśmy dopiero w wieku 16-18 lat…

Jak już wspomniałem, mieliśmy dwie siostrzyczki, które bardzo kochaliśmy, ale byliśmy trochę niezadowoleni, gdy trzeba było się nimi opiekować, podczas gdy koledzy wołali nas akurat do super zabawy, np. w dwa ognie, kluchę, czy wyścigi żużlowe przy pomocy kół rowerowych popychanych kijkiem. Zresztą pomysłów mieliśmy mnóstwo (cymbergaj, monetki, karty itp.). Pilnowanie młodszego rodzeństwa często udawało nam się powierzać starszym koleżankom, które chętnie to czyniły. Zimą jeździliśmy na sankach, łyżwach, deskach i nartach. Na Wzgórzu Wolności i w lesie przy Kujawskiej można było korzystać ze stoków. Przy szkołach wylewano lodowiska. Niezapomniane były kuligi organizowane przez zaprzyjaźnionego gospodarza, który miał dwa konie i duże sanie, do których dołączano nasze sanki (za 1 zł). Najlepiej miały sanki ostatnie, które często się wywracały czyniąc dużo radości i śmiechu.

Nie byliśmy rodziną zamożną. Rodzice do wybuchu wojny ukończyli 4 klasy szkoły powszechnej. Mama jako prymuska otrzymała nawet skierowanie do gimnazjum, ale wojna pokrzyżowała wszelkie plany. Później już małżeństwo, macierzyństwo – to było dla niej najważniejsze. Tato zatrudnił się w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego i tam przepracował całe swoje życie zawodowe. Aby utrzymać 6-osobową rodzinę pracował również po godzinach. Niewiele widywaliśmy ojca, bo wracał późno (o 21-22), a o tej porze dzieci już powinny spać, prawda? I tak było w naszej rodzinie. Jak pamiętam, rodzice byli przystojni i kochali się bardzo. Dowodem na to jest ich 62-letnie pożycie małżeńskie. Jak w każdym małżeństwie zdarzały się nieporozumienia, które gasiła wspólnota łoża, wspólnota stołu i wspólnota Eucharystii. Tego nauczyliśmy się od rodziców, że należy sobie wszystko wybaczać, choćby bolało. Kiedy Tadek poszedł pierwszy do szkoły, ja także tego zapragnąłem i chciałem nosić tornister. Dlatego przez 2 lata wybiegałem naprzeciw niemu kiedy wracał ze szkoły, brałem jego tornister na plecy i niosłem dumnie jak prawdziwy uczeń aż do domu.

Poproszono mnie, abym opowiedział o naszym dzieciństwie. Trudne to, bo to przecież było grubo ponad pół wieku temu. 70 lat… minęło. Można napisać długie i szczegółowe opowiadanie, albo wybrać wariant krótki. Wybrałem ten drugi z uwagi na Czytelników, których nie chciałbym zanudzić tym moim chaotycznym, nieskładnym piórem.

Jak już wspomniałem ojciec całe życie ciężko pracował fizycznie. Tak było trzeba, aby zapewnić byt i utrzymanie 6-osobowej rodzinie. Dlatego widywaliśmy się dłużej tylko w niedziele. Wtedy były wspólne posiłki, razem szliśmy do kościoła, odmawialiśmy modlitwę poranną i wieczorną. Wszystkie sprawy wychowawcze załatwiała mama. Ojciec służył jej jako „straszak” – „bo powiem ojcu”. Zatem wszystko musiało grać jak w zegarku. Jak nie grało szła w ruch mokra ścierka, a gdy było coś poważniejszego do dyspozycji pozostawała jeszcze dyscyplina, tzw. „pyda”… Tego drugiego argumentu mama nie musiała często stosować, ale fakt, że on był i wisiał na widocznym miejscu, wystarczył. Jesteśmy wdzięczni za to wszystko rodzicom, bo ich metody, jak teraz wiemy, były bardzo skuteczne. Mama była ładną i mądrą kobietą. Miała wiele wrodzonych talentów, m.in. pięknie śpiewała i umiała nam pomagać przy lekcjach, czasami jeszcze w siódmej klasie. Do dziś jesteśmy pełni podziwu dla poziomu nauki w przedwojennych szkołach powszechnych.

Tadek w szkole prymusem nie był, więc rodzice zdecydowali, że pójdzie do szkoły zawodowej nauczyć się zawodu i będzie mógł zarabiać, by pomóc rodzicom w utrzymaniu domu. Tak też się stało – Tadek podjął naukę w szkole samochodowej w Solcu Kujawskim, a następnie po jej ukończeniu zapisał się do wieczorowego technikum samochodowego. Po tej szkole zatrudnił się w bydgoskiej „Halince” i podjął wieczorowe studia inżynierskie, które ukończył pracując już w Inowrocławiu. Ja natomiast po podstawówce ukończyłem Technikum Geodezyjne i zaraz po tym 4-letnie studia geodezyjne w Olsztynie. Obydwaj bardzo wcześnie zakochaliśmy się i założyliśmy rodziny – Tadek w 1968 roku, ja rok później. W tamtych czasach nie chodziło się długo w narzeczeństwie. Jak dziewczyna się podobała, zaiskrzyło, to zaraz oświadczyny i ślub. W domu zostały jeszcze dwie siostry, bardzo młodziutkie jeszcze.

Mieszkaliśmy w 30-metrowym mieszkanku – pokoik z kuchenką – 5 m kw. na osobę. Trzeba było dać radę. Może nasze decyzje o wczesnym wyjściu z domu miały związek z tą powierzchnią? Przyszło zakochanie i rozwiązało problem. Wracam jednak do najmłodszych lat dzieciństwa i młodości. Tadek ma 6 lat, ja 4 lata. Nie ma w domu mamy, poszła coś załatwić do sąsiadki. Wpadamy na pomysł, aby mamę poszukać. Udajemy się aż na Jagiellońską do sklepu mięsnego myśląc, że tam właśnie jest. Niestety, nie znaleźliśmy jej. W tym czasie biedna mama wróciła do domu i wszczęła alarm, że chłopcy gdzieś zaginęli. Wiedziona jakimś cudownym instynktem macierzyńskim odszukała nas 2 km od domu. Zdarzenie to pamiętamy do dzisiaj, bo pozostawało głównym tematem podczas wszystkich spotkań rodzinnych. Oczywiście dyscyplina poszła w ruch, bo dzieciom nie wolno oddalać się od domu bez wiedzy i opieki starszych. To przecież powinno wiedzieć każde dziecko.

Inne zdarzenie, gdy byliśmy trochę starsi. Tadek nie miał na podwórku lekkiego życia, bo koledzy wołali na niego „zyzol” z uwagi na zeza, z którym się urodził. Często musiałem interweniować, czasami u dużo starszych kolegów i dochodziło do bitki, którą z pewnością przegrałbym, gdybym nie pomógł sobie ucieczką. Potem musiałem danego kolesia przez dłuższy czas omijać szerokim łukiem, aż poszło w niepamięć. Ja natomiast pamiętam wszystko do dzisiaj. W każdym razie stanowiliśmy z bratem dobry duet gotowy zawsze iść sobie z pomocą w każdej trudnej chwili. I tak już zostało przez całe dorosłe życie. Mogliśmy liczyć na siebie zawsze.

Oto jeden z przykładów. Umiera mi żona, pozostaję sam z czworgiem dzieci. Plajtuje firma – jedna, druga, trzecia. Całe pasmo traumatycznych zdarzeń. Wtedy cała rodzina na czele z bratem Tadeuszem podaje mi rękę. Siostry też, każdy wg swoich możliwości. Bogu dziękuję każdego dnia za wspaniałych rodziców, którzy wychowali nas tak jak trzeba. Przede wszystkim mama uczyła nas od najmłodszych lat takich słów jak „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam”. Każdego dnia klękaliśmy do modlitwy dziękując Bogu i Matyi za wszystko, co nas spotyka.

W każdy pierwszy piątek miesiąca szliśmy do spowiedzi i komunii św., ale przedtem całowaliśmy mamę i tatę w rękę przepraszając za wszelkie nieposłuszeństwo. Tato swoim przykładem uczył nas pracowitości. Zaszczepiona przez rodziców, katechetów i wspaniałych nauczycieli głęboka wiara, nadzieja i miłość od najwcześniejszych lat, były i są fundamentem naszego życia, który pomaga nam przetrwać największe burze życiowe. I tego też uczyliśmy swoje dzieci. Czy one będą uczyły tak naszych wnuków? Trudno powiedzieć… Dzisiaj niestety do wychowania wtrącają się media, internet itp., często niezgodnie z Dekalogiem. Nam rodzicom pozostaje dawać przykład. Dorosłe dzieci muszą iść swoją drogą, na swoją odpowiedzialność…

Wracając jeszcze do dzieciństwa… Kiedy mieliśmy 10-14 lat służyliśmy u Duchaczy do mszy św. jako ministranci. Wtedy msze św. były po łacinie, trzeba było znać ministranturę. W okresie świąt Bożego Narodzenia aż do Trzech Króli wcielaliśmy się w Herodów i chodziliśmy od domu do domu serdecznie wszędzie przyjmowani. Ja grałem rolę żyda, Tadek w zależniości od potrzeb króla Heroda lub marszałka. Ta aktywność w życiu Kościoła dawała nam wiele radości. Herody były wtedy popularne, czasami zdarzały się spotkania grup i dochodziło do starcia króla z królem, anioła z aniołem, śmierci ze śmiercią. Bardzo zabawnie to wyglądało, można by film nagrać. Później dogadaliśmy się, dzieląc rejonami osiedla i był względny spokój.

Tadek interesował się muzyką, zespołami muzycznymi, śpiewem. Nauczył się grać na gitarze i nawet wystąpił na młodzieżowym przeglądzie muzycznym w Wojewódzkim Domu Kultury. Dumny byłem z niego, gdy śpiewał: „Po moście lubię przejść się nocą, na gwiazdy patrzeć jak migocą”, lub gdy wspaniale naśladował tembr głosu Armstronga śpiewając „Ramonę”. Myślę, że przy jego pracowitości, perfekcji, itp. miałby osiągnięcia na miarę Krawczyka, ale wybrał inną drogę, też wspaniałą… Śpiew w naszej rodzinie, to nasz zwyczaj i radość. Nie było spotkania bez śpiewu. Mieliśmy śpiewnik „Pieśni Biesiadne”, z którego pomocą śpiewaliśmy. Dużo piosenek wykonywaliśmy z pamięci, np. utwory takich zespołów jak Skaldowie, Czerwone Gitary, Niebiesko-Czarni, Trubadurzy. Jeszcze serce mi się rwie do śpiewu, gdy wspomnę: ”Wysokie płoty tato grodził, aby do Kasi nikt nie chodził”, albo „Zosia izbę zamiatała i Macieja zawołała”, a także wiele, wiele innych… Były też pieśni patriotyczno-religijne. Wszystko zależało od kościelnego okresu liturgicznego.

Wracając do niezwykłego charakteru Tadeusza, który wyróżniał go od innych. To był upór i determinacja. Wszystko, co chciał osiągnąć, naturalnie na miarę możliwości, to osiągał. Np. bardzo mu przeszkadzał wspomniany już zez. Zgłosił się do szpitala i został zoperowany. Jednak dopiero po trzeciej operacji był w pełni zadowolony i stwierdził, że już jest dobrze. Do dziś pamiętam, ile się nacierpiałem duchowo, ile modlitw poszło do nieba. Można sobie wyobrazić ból, gdy coś wpadnie do oka, a co dopiero ingerencja skalpelem w oku… Na samo wspomnienie czuję podobne emocje jak wtedy. Tadek miał wówczas 14-17 lat. Wtedy właśnie rozpoczynał się czas prywatek w naszych domach. Korzystaliśmy z momentu nieobecności rodziców i (za ich wiedzą oczywiście) zapraszaliśmy koleżanki i kolegów na potańcówki przy płytach gramofonowych i taśmach magnetofonowych.

W okresie wakacji wyjeżdżaliśmy na wieś w rodzinne strony naszych rodziców. Piękne to strony, nadgoplańskie. Przez całe wakacje czerpaliśmy radość z przebywania na łonie przyrody. Gdy byliśmy jeszcze mali, paśliśmy krowy, a gdy starsi – pracowaliśmy przy żniwach. Ręczne wiązanie snopów, stawianie sztyg, zwózka zboża do stodoły, młócka. To wszystko mieliśmy opanowane do perfekcji. Nikt nas do tego nie zmuszał. Sami pragnęliśmy przebywać i pracować na wsi od najmłodszych lat. Rodzice byli zadowoleni, że mają spokój od nas, my zaś zadowoleni, bo byliśmy wolni i co istotne, przywoziliśmy do domu trochę zarobionego grosza oraz rąbankę, drób, warzywa i owoce. Na wsi było radośnie, bo w tym czasie rodziły się piękne relacje z rówieśnikami, a zwłaszcza z rówieśniczkami. W soboty i niedziele odbywały się zabawy na trawie przy orkiestrze strażackiej. W dni powszednie po pracy chodziliśmy nad Gopło, by wykąpać się i popływać. Byliśmy młodzi, toteż po ciężkiej pracy chciało nam się jeszcze szaleć i korzystać z uroków wiejskiego świata… Owocem tych pobytów w stronach rodzinnych stała sie miłość Ewy i Tadeusza. Tam właśnie Tadek spotkał Ewę, swoją przyszłą żonę, z którą przeżyli razem prawie 52 lata. Wychowali dwoje dzieci i doczekali się dwojga wnucząt…

Oto historia w pastylce dzieciństwa i wczesnej młodości mojego starszego brata. Bardzo dziękuję Przyjaciołom Tadeusza za propozycję, abym podzielił się tymi wspomnieniami. Ta podróż do krainy młodości sprawiła mi wiele radości.

Bogdan Chęsy