Radosław Krzewina

JAKI BYŁ, KAŻDY WIDZIAŁ

… jednak każdy z nas z innej strony. Nie będę oryginalny opisując Pana Tadeusza jako człowieka czynu. Wielu ze współpracowników spisując wspomnienie własne o Szefie, miałoby wiele do powiedzenia. Aby się nie powtarzać – rzeczy już opowiedzianych i oczywistych nie będę przytaczał. Niemal regułą we wspomnieniach o Panu Chęsym jest to, że aby oddać jego charakter, trzeba też opowiedzieć coś o sobie…

Jako że rosłem z Drukarnią Kujawską, tatę kolegi z kolonii znałem, jak i każdego z rodziców pracujących w drukarni. Był to pan w ciemnych okularach o fizjonomii przypominającej aktora Zbigniewa Cybulskiego. Bardzo dobrze pamiętam pierwsze poważne z nim spotkanie. Było to niemal w pierwszym dniu mojej nauki zawodu, dla niego natomiast był to ostatni dzień, gdy wychodził z podpisaną obiegówką, rozstając się ze starym, a zaczynając nowe życie. Było to na III piętrze, gdzie mieściła się administracja i kadry. Rozmawiał dłuższą chwilę z moim tatą z zapałem opowiadając o tym co przed nim. Na pożegnanie podał mi rękę i wtedy pierwszy raz usłyszałem słynne − Powodzenia DRUHU! Prawie dziesięć lat później ten sam prężny człowiek został właściciele przejętego zakładu. Wielokrotnie przez kolejnych dwadzieścia lat słyszałem odmieniane na różne sposoby, wypowiadane z różną intonacją, o różnym zabarwieniu emocjonalnym – owe ,,DRUHU”.

Pan Tadeusz, stawiając sobie wysoko poprzeczkę dla odległych, ale konkretnych, jednak znanych tylko sobie celów, narzucał całej załodze tempo pracy. Nie łatwo było za nim nadążyć, a o dotrzymaniu kroku nie było w ogóle mowy. Nieraz wysokie oczekiwania Szefa stawały się powodem, że nie realizując na czas z wyznaczonym efektem postawionych zadań – zbierało się cięgi. Toczyłem i ja z Szefem nie jedną potyczkę, z której wychodziłem przegrany. Ile razy mnie ,,zwalniał” – to już tylko ja wiem. Ostatecznie jednak pracowało się dalej. Bywało, że zebrało się reprymendę ,,za niewinność”, a kiedy indziej, nieoczekiwanie było się ,,wychwalonym” – a też nie czuło się, że był tego powód. Jednak czujne oko dostrzegło coś pozytywnego.

Pamiętam wrześniowy dzień w 2001 r., gdy byłem kopistą, na porannej zmianie ,,napyskowałem coś” Szefowi. Jest godzina 17.00 – dzwoni do mnie do domu ,,kierownik Zdzisław”, że mam się stawić zaraz do sekretariatu, do Szefa. Wszystko jasne: pewnie mnie zwolni. Idę jak na ścięcie, wchodzę do gabinetu. Po krótkiej rozmowie dostaję dokument, w którym czytam: angaż – kierownik działu maszyn drukujących. Nie czuł urazy, nawet gdy młody człowiek pozwolił sobie czasem w zbyt bezpośrednich słowach zwrócić uwagę Szefowi. Jeśli ten młody miał rację, Szef potrafił mu to przyznać. Nie zważając na zaszłości, chowając urazy − jeśli miał plan – po prostu go realizował.

Dla Szefa zawsze najważniejsza była produkcja – to, by na czas wykonać klientowi jego książkę. Maszyny musiały się kręcić. Było kiedyś takie zabawne zdarzenie, które pokazuje jaki miał stosunek do realizowanych zadań. Jest już po godzinie 16.00. Młody kolega technolog Łukasz rozmawia z naszym kierowcą Danielem o odbiorze przesyłek od wydawców z Warszawy. Gdy kończy rozmowę dzwoni jeszcze któryś z wydawców informując, że ,podpisane plotery do książki, którą w nocy mamy drukować, można odebrać. Łukasz ponownie dzwoni do Daniela i klnąc jak szewc mówi mu, że koniecznie musi to odebrać – bo to na dziś w nocy do produkcji. O godzinie 21.00 materiały docierają, Łukasz zwalnia do druku. Następnego dnia, gdy jest cała ,,technologia”, wchodzi Szef. Rozpromieniony, tajemniczo się śmieje i mówi do Ewy:
− Pani kierownik, wczoraj wracam z Warszawy, przejechałem już ze 30 km, a tu dzwoni do mnie (wskazując skinieniem głowy na Łukasza) ten młody człowiek i mówi:
− K….. musisz za….. (epitetów było więcej, ale nie godzi się ich tu wszystkich przytaczać) …po plotery, bo ja to potrzebuję na noc do druku. I nie dając dojść do słowa, rzucił słuchawką. Myślę sobie, on mi każe jechać po materiały, a druk w nocy. No to muszę jechać. Dużo sie nie zastanawiając dałem po hamulcach i zawróciłem na podwójnej ciągłej do Warszawy. Przywiozłem.

Wybierając ponownie połączenie Łukasz pomyłkowo zamiast z Danielem połączył się z Panem Tadeuszem. Śmialiśmy się z tego wszyscy długo (no może bez Łukasza). Szef nie był zły, że ,,młody” tak się do niego odezwał – najważniejsze, że maszyny się kręciły i miały wszystko na czas.

Na pewno wszyscy inowrocławianie zapamiętają go jako filantropa. Ile przeróżnych wydarzeń kulturalnych odbyło się za jego przyczynkiem, a jeszcze więcej dzięki jego pomocy, to tylko sam Pan Tadeusz wiedział. Jednak on wspierał także szersze projekty – ogólnopolskie. Po pomoc, głównie tę materialną, przychodziły całe rzesze ,,interesantów”. Byli wszystkich stanów: młodzi, starzy, głodni, chorzy, zagubieni, pogorzelcy, uczniowie i emeryci, pojedynczo i grupami, duchowni, politycy, malarze, poeci, muzycy, artyści, twórcy kultury, dyrektorzy, przemysłowcy i biznesmeni – a on zawsze miał dla nich wszystkich czas, a i w zasadzie także to, po co przyszli. Żył tym wszystkim.

We wszystkie te projekty wciągał także i nas – ,,swoją załogę”. Przez lata wychował nas sobie. Bez słów nauczyliśmy się odczytywać to co Szef by zrobił lub czego w danym momencie oczekuje bądź potrzebuje. Pan Tadeusz był jak tata. Nie tylko dlatego, że prowadził firmę wraz z całą rodziną, ale również, a może przede wszystkim dlatego, że nas, swoich współpracowników – pokoleniowych rówieśników syna – traktował po ojcowsku. Wiedział, że często tak go nazywamy i nieraz śmiał się z tego.

Przez wiele lat jeżdżąc z Szefem do Warszawy na zebrania SIMP, do Wrocławia, Rydzyny, Łodzi czy Częstochowy, miałem okazję spędzać wspólne godziny podróży w jego aucie. Na pokładzie czekało słynne zaprowiantowanie: kiełbasa, buła i ogórek. Zawsze myślał o wszystkim z wyprzedzeniem, przygotowywał i opracowywał logistykę. Te godziny podróży mijały na rozmowach ,,na wszystkie tematy”. Od rodzinnych, przez edukacyjne i produkcyjne, po polityczne i religijne. Prowadził samochód od świtu do nocy, mimo że cały dzień ,,biegaliśmy” po stolicy, targach czy spotkaniach. Przez wiele lat nie oddawał nikomu kierownicy. Musiało upłynąć dużo czasu by oddał mi kierowanie, dopiero wtedy gdy nabrał zaufania, a sam już odczuwał zmęczenie.

Zdarzało się, że zbaczaliśmy z głównej trasy po to, by wstąpić na jakiś odległy cmentarz i tam odwiedzić grób kogoś ,,z Drukarskiej Braci” − zapalić lampkę, złożyć kwiaty, odmówić modlitwę. Przez lata sam odprowadzał w ostatnią drogę ,,starych DRUHÓW”. Zawsze starał się być na pogrzebach. Nie wszyscy na to zwracają uwagę, ale ja tak – Szef pojawiał się także na Mszach Świętych w intencjach zmarłych, nawet tych odprawianych o wczesnych godzinach porannych, i bardzo często przyjmował sakramenty.

Pan Tadeusz był osobą wielowymiarową. Wizjoner. Często nie rozumiany, a na pewno nie doceniany przez współczesnych. Oczywiście nagradzany, wyróżniany i honorowany, jednak tak naprawdę jego dokonania docenią dopiero przyszłe pokolenia.

W panteonie osób zasłużonych dla miasta i rejonu Pan Tadeusz Chęsy ma bardzo niewielu równych sobie, to postać wybitnie nietuzinkowa.

Radosław Krzewina