Tomasz Łaszkiewicz

TADEUSZ CHĘSY JAKIM GO ZNAŁEM

            W poniedziałek rano patrzę bezwiednie na telefon. Nie dzwoni i niestety… już nie zadzwoni. Właśnie w poniedziałki o tej porze zwykł do mnie telefonować Tadeusz Chęsy. Czasem nawet obudził, innym razem złapał przy porannej kawie. Rozmowy były krótkie, konkretne, zazwyczaj dotyczyły umówienia się na spotkanie, rzadziej szybkiego wyjaśnienia jakiejś kwestii. Nie znałem go blisko, jednak nasza znajomość była długa, szczera i serdeczna. Zaczęła się oczywiście na gruncie poligrafii, jakieś dwadzieścia lat temu. Później Tadeusz zainteresował się moją działalnością społeczną i naukową – zwłaszcza dotyczącą Kujaw, a najbardziej samego Inowrocławia. Poznawaliśmy się bliżej. Najpierw pytał mnie o różne nurtujące go kwestie historyczne, później o opinie i sądy. Po jakimś czasie podczas coraz dłuższych spotkań (zazwyczaj w drukarni, rzadziej w Solankach) rozmawialiśmy o ludziach, polityce, gospodarce, kulturze, a nade wszystko o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości naszego miasta, którym obydwaj żyliśmy. Okazało się, że te nasze perspektywy (jego przedsiębiorcy, a moja historyka, badacza), całkiem odmienne, były dla obojga inspirujące. W tym miejscu trzeba podkreślić tę jego ciekawość, ciekawość drugiego człowieka – zarówno jego wiedzy, jak i po prostu jego samego. Zadawał pytania i uważnie słuchał. Chciał mieć swoje zdanie w wielu sprawach, które wykraczały poza jego wiedzę czy doświadczenie. Potrzebował fachowych opinii i dobrze potrafił z nich korzystać. Otaczał się wieloma ludźmi, inspirował się nimi, dzielił z nimi swoje wątpliwości. A kiedy niektórzy odchodzili już na zawsze długo o nich pamiętał i wspominał, nadal ważni byli w jego życiu. Cenił w ludziach ich pracowitość, umiejętności i dorobek, bez względu na wykonywaną profesję. Chyba nie przesadzę jeśli powiem, że praca była jego życiowym paradygmatem. Zarówno siebie jak i innych określał przez pryzmat pracy.

            Niewątpliwie Tadeusz był człowiekiem skromnym i wrażliwym społecznie. Czuł potrzebę wspierania potrzebujących pomocy. Żartował, że przecież serce ma po lewej stronie. Dlatego wiele osób przychodziło do niego z jakąś prośbą. Niektórzy szukali w nim mecenasa, inni dobrego kupca lub partnera biznesowego, jeszcze inni po prostu pracodawcy. Nie wszystkim mógł bezpośrednio pomóc, ale starał się rozwiązywać ich problemy, czasem z własną stratą. Nie przeszkadzało mu to jednak być wymagającym pracodawcą. Nie znosił lenistwa, braku zaangażowania i intryganctwa. Był człowiekiem prostolinijnym i tego wymagał też od innych. Nie oznacza to, że nie lgnęli również do Tadeusza tacy, którzy chcieli jedynie wykorzystać znajomość z nim do zdobycia wpływów, realizacji jakichś własnych gierek, czy interesów. Zazwyczaj dość szybko się w tym orientował, jednak nie zawsze ich odtrącał. Czasem tolerował z nadzieją na ich rozwój, ostatecznie w żaden sposób nie mogli mu zagrażać, a czasami jedynie trochę kosztowali.

            Ceniłem w nim jego naturalność. Iluż dziś ludzi szuka taniego poklasku, iluż tworzy nieprawdziwy image aby być popularnym, iluż fałszywie rozdaje uśmiechy, knując za plecami rozmówcy, iluż wreszcie tworzy różne wersje „siebie” na potrzeby środowisk, w których się obraca? Tadeusz nigdy nie pozował na kogoś innego, nie udawał, nie skrywał się za maskami. Nie bał się mówić co myśli, nie bał się „chlapnąć głupoty”. Był takim, jakim był, szczery i otwarty, ze wszystkimi swoimi wadami i zaletami. Takim trzeba go było właśnie brać, lubić lub nie.

            Imponował szybkością podejmowania decyzji. Pozwalało mu to nie tylko chwytać okazje w biznesie, ale ogarniać wiele problemów jednocześnie. Podziwiałem tę rzadką umiejętność, która jednak nie miała nic wspólnego z działaniem pochopnym lub pośpiesznym. Po prostu zbierał potrzebną ilość informacji i decydował. Nie tracił czasu na zbędne kalkulacje, nie wracał do podjętych już decyzji, tylko je realizował. Oczywiście dzielił sprawy pod względem ich roli i skutków, niektóre zajmowały więcej czasu, ale także ten podział usprawniał proces decyzyjny. Był przy tym uparty, konsekwentnie dążył do osiągnięcia wytkniętych celów.

            Pochodził z Bydgoszczy, ale poprzez małżeństwo i pracę związał się z Inowrocławiem. Stał się jego cząstką i wiele energii wkładał w działalność społeczną na rzecz tego miasta, współtworząc jego krajobraz kulturalny. W jaki sposób? Przecież nie prowadził działalności twórczej. Ktoś pochopnie mógłby wskazać na mecenat, finansowanie różnych działań w tym zakresie. Owszem, przekazywał własne środki pro publico bono, ale nie w tym postrzegam jego zasługi, w każdym razie nie największe. Zdecydowanie ważniejsze wydaje mi się jego osobiste zaangażowanie w liczne inicjatywy,  poświęcanie własnego czasu, przekonywanie do nowych pomysłów znajomych, przedstawicieli władz oraz last but not least doskonała organizacja przedsięwzięć, które podejmował. W tym bezinteresownym, nieustannym zaangażowaniu upatruję jego pierwszorzędnej roli społecznej w Inowrocławiu. Wszędzie było go pełno. A był przecież człowiekiem spełnionym, stworzył i rozwinął jedno przedsiębiorstwo, później zaangażował się w kierowanie drugim. Był także szczęśliwym mężem, ojcem i dziadkiem. Jednak nie zdecydował się na los wycofanego emeryta. Nie, do ostatnich dni pozostał w wirze spraw zawodowych i społecznych, prowadząc wiele rozpoczętych projektów. Odszedł od nas dosłownie w pół kroku.

            Kiedy dowiedziałem się o jego chorobie, a później rychłej śmierci byłem jak wszyscy przejęci. Szczerze współczułem najbliższej rodzinie, która doznała tej bolesnej straty. Pisząc te słowa już kilka miesięcy później nadal myślę o dobrym, szczerym człowieku, jakiego poznałem w Tadeuszu Chęsym. Taka pamięć po nim pozostanie ze mną.

Tomasz Łaszkiewicz