Przemysław Miklas

DLA MNIE – TADEUSZ

Spotkałem się jakiś czas temu z dość nietypową prośbą – a mianowicie o napisanie moich wspomnień o Tadeuszu Chęsym. Prośba była dlatego nietypowa, że pracowałem w POZKALU niecałe 7 lat (w tym 5 na pełen etat), i to w dość odległych czasach (1989-1996). A że prośbę wystosował mój cały czas serdeczny kolega Bogusław Cilski (poznany właśnie w POZKALU w tamtym okresie), postanowiłem Jego prośbę spełnić. Mimo pewnych niuansów, bo np. po rozstaniu z POZKALem (chyba bolesnym dla Tadeusza, skoro przez dość długi czas był – jakby to ująć – zły na mnie z powodu odejścia).

Pierwszy zarys wspomnień zapowiadał się nader ciekawie, ale na szczęście przyszła refleksja – to co zamierzałem napisać, to byłaby autobiografia (!) z elementami wspomnień o Tadeuszu! A nie o to – jak myślę – chodziło… Przemyślałem sprawę, ale uniknąć dygresji o sobie przy okazji wspomnień o Tadeuszu – raczej się nie da…

* * *

O dokonaniach Tadeusza pisano wiele, i wiele będzie jeszcze napisane, ale ja chciałbym Go trochę przybliżyć jako normalnego człowieka, kolegę, pracodawcę, wielce zaaferowanego, zabieganego, „ciągnącego” równolegle wiele spraw naraz… wspominając wydarzenia, których w oficjalnej biografii raczej nie znajdziecie…

* * *

Ale do rzeczy.
Tadeusza poznałem w grudniu 1980 roku, czyli po rozpoczęciu przeze mnie pracy w drukarni na Cegielnej (tak ją będę nazywał, bo pomimo zmian nazw wszyscy i tak będą wiedzieli, o co chodzi). Dłuższy czas funkcjonowaliśmy po prostu obok siebie (On w dziale mechanicznym, ja w technologii, potem w przygotowalni), spotykając się na terenie drukarni. O Jego działalności poza drukarnią praktycznie nic nie wiedziałem – raz pożyczyłem od Niego tarczę sprzęgła do „malucha” (a jaka jazda po województwie była, żeby takową później zdobyć i oddać…). O oprawianiu kalendarzy może i coś później słyszałem, ale nie zwracałem uwagi na takie informacje – bo mnie nie dotyczyły.

W drugiej połowie lat 80. zaczęły powstawać w Inowrocławiu pierwsze prywatne drukarnie – i typograficzne, i offsetowe. Tzw. „środowisko” było dokładnie zorientowane, gdzie kto dorabia u „prywaciarza”, no i przeciekła informacja, że Tadeusz uderza w offset. Początkowo niezbyt to mnie interesowało, bo ani maszynistą, ani montażystą nie byłem. Ale miał miejsce pewien zbieg okoliczności – nie podobały mi się zmiany, zachodzące w drukarni, a Tadeusz zapytał, czy nie zająłbym się u niego technologią i fotografią reprodukcyjną. Po pewnych przemyśleniach postanowiłem „odpocząć” od drukarni (wtedy już „Kujawskiej”), wziąć urlop wychowawczy (bezpłatny), i jednocześnie podjąć wyzwanie i pracować u Tadeusza (fotografia i zwykła, i reprodukcyjna były mi znane). W wymiarze 1/4 etatu, bo na więcej nie pozwalały mi obowiązki rodzinne. A po upływie 2 lat zmiany w DK oceniłem na bardzo niekorzystne i złożyłem wypowiedzenie, by w POZKALU pracować już na pełen etat.

A rzeczywiście było to wyzwanie. Firma mieściła się na ul. Topolowej, w domu i garażach. Tzn. mało w domu, dużo w garażach. W domu (konkretnie w łazienko-pralni w piwnicy) było to, co nie dało umieścić się gdzie indziej – czyli moje królestwo – ciemnia! Opisywanie, co i dlaczego tam się robiło, mija się z celem, w każdym razie warunki były spartańskie – minimalne wyposażenie ciemniowe przystosowane do istniejącej łazienki… Kopiorama upchnięta w kącie, kuwety na listwach nad wanną, suszenie na linkach do prania… Dumny jestem z tego, że dawałem radę! Przy okazji – podczas mojej pracy cała rodzina Tadeusza miała zakaz schodzenia, a nawet otwierania drzwi, a z panią Ewą uzgodniłem, że pralkę to należy włączać raczej jak mnie nie ma, bo gdy nagle zaczynała wirować i wypuszczać wodę – padały słowa zdecydowanie niecenzuralne… Ciemnia tak zlokalizowana miała swoją zaletę – po pracy wieczorem przechodziłem parę kroków do innej części piwnicy, gdzie spotykaliśmy się z Tadeuszem na podsumowanie dnia. Podczas któregoś z takich spotkań obiecał, że następną ciemnię będę miał porządną – i słowa dotrzymał.

Z tego okresu pamiętam kilka zdecydowanie nietypowych sytuacji, które nie zdarzyłyby się w innych warunkach…

Np. sytuacja, kiedy to późnym popołudniem działam sobie spokojnie w ciszy i ciemnościach, gdy nagle nad głową usłyszałem najpierw huk, a potem rumor walących się mebli i tłuczonego szkła… Cóż – nad głową miałem kuchnię, gdzie stała kuchenka z kapryśnym gazowym piekarnikiem – niechętnie odpalał, a sprawdzanie zapaloną zapałką po paru minutach czy jest gaz – hmm… słyszałem… U domowników straty były tylko materialne, u mnie bielizna…

Albo któreś z wieczornych spotkań (w okresie gdy Tadeusz rzucał palenie, a p. Ewa bardzo tego pilnowała). Siedzimy spokojnie w czterech, Tadeusz poczęstował napojem sprzyjającym zapaleniu papierosa, zapaliliśmy wszyscy – a tu nagle schodzi do piwnicy p. Ewa: „Tadeusz! Znowu palisz!” Odpowiedź Tadeusza: „Ale ja nie palę!” A w popielniczce przed nami odłożone 4 tlące się papierosy… P. Ewa: „Właśnie widzę…”

Któregoś wieczoru cały czas dobiegały mnie z mieszkania nade mną jakieś dziwne odgłosy, których nie potrafiłem ani zidentyfikować, ani zlokalizować. Coś jakby przesuwane meble, porykiwania małego słonika, gwałtowne uwalnianie gazów po kapuścianej diecie… Nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Podczas wieczornego spotkania ciekawość zwyciężyła, instynkt samozachowawczy zawiódł, i wprost zapytałem Tadeusza co to było (używając mniej więcej określeń użytych powyżej). Cóż… Tadeusz nie docenił brutalności pytania (na moje szczęście), bo z dumą oznajmił, że córka opanowuje kolejny instrument!

Firma dynamicznie się rozwijała, i poza dostawczym „Fordem” potrzebny był Tadeuszowi jakiś normalny samochód osobowy. Padło na „Poloneza” i takowy zaparkował pod domo-firmą. Krótko po zakupie (na siedzeniach były jeszcze folie) Tadeusz podjechał, wysiadł – zostawiając otwarte drzwi kierowcy – biegusiem przesiadł się do „Forda” – i zniknął. Minęło parę godzin, Tadeusza nie ma, „Polonez” stoi z otwartymi drzwiami… Zrobił się wieczór, więc przed wyjazdem do domu postanowiłem jednak tego „Poloneza” zamknąć. Pani Ewa kluczyków nie miała, twierdząc że na pewno Tadeusz ma przy sobie. Skoro tak, to stwierdziłem że zamknę go bez kluczyków, jeżeli rzeczywiście Tadeusz ma je przy sobie. Nie miał… Na szczęście przy opieraniu dłoni o fotel kierowcy, ta zsunęła mi się między siedzenie a oparcie… gdzie trafiła na komplet kluczyków… a miałem jeszcze tylko wcisnąć 2 guziki w drzwiach, i samochód byłby starannie zamknięty… „Wdzięczność” Tadeusza za konieczność wybicia szyby w nowym samochodzie byłaby wtedy – hm – niezmierna…

Tenże sam „Polonez”, wyjazd do Warszawy chyba w sprawie składu (Tadeusz zabrał poza mną śp. Zbyszka Chmiela i Iwonę Suchomską). Iwona z przodu, ja ze Zbyszkiem z tyłu (piszę o konfiguracji, bo to za chwilę odegra istotną rolę). Gdzieś na trasie – wypadek. Stojący autobus PKS, jakieś ciało na jezdni, krew, tłum ludzi… Tadeusz stanął, wszyscy trzej wysiedliśmy (Iwona została) dowiedzieć się, czy można jakoś pomóc (komórek wtedy nie było). Okazało się, że ofiara wypadku jest już opatrzona, pogotowie zawiadomione, a „Polonez” Tadeusza blokuje drogę… Nim się ze Zbyszkiem zorientowaliśmy, Tadeusz błyskawicznie wsiadł i z piskiem opon odjechał… trochę Go goniliśmy, ale jak zaczął znikać na horyzoncie, postanowiliśmy do tej Warszawy dojść pieszo. Nagle usłyszeliśmy kolejny pisk opon, i zobaczyliśmy „Poloneza” jadącego tyłem w naszą stronę. Po nas. Okazało się, że po odjeździe, po paru chwilach, Iwona nieśmiało spytała, czy ci panowie z tyłu już dalej nie jadą… Po rzucie okiem do tyłu było hmm – „o kurczę”, hamowanie itd.

Z „Polonezem” wiąże się jeszcze jedna historia (i więcej nie będzie), jak Tadeusz z ekipą wybrali się „Fordem Transitem” do byłego NRD po jakieś zakupy maszyn. Po ładnych paru godzinach po ich wyjeździe odbieram w domu (przypominam – komórek wtedy nie było) telefon od Tadeusza z granicy, że „Forda” do Niemiec nie wpuścili, a ja ma z Topolowej wziąć „Poloneza” i jechać w stronę granicy, a spotkać mamy się gdzieś w okolicach Poznania i zamienić samochodami. I tak się stało, w końcu się znaleźliśmy (jak mantrę powtarzałem w duchu „dać mu papiery od Poldka, dać papiery od Poldka”); oni wsiedli w „Poloneza” (dałem papiery!!!) i pojechali na zachód, a ja „Fordem” do Inowrocławia. BEZ papierów, które radośnie jechały do Niemiec w „Polonezie”, bo Tadeusz zupełnie zapomniał – zaaferowany całą sytuacją – o dokumentach „Forda”. Dawno tak nie przestrzegałem przepisów… W Inowrocławiu „Forda” odstawiłem na Topolową, gdzie nader troskliwie zajął się nim pewien kolega – któremu bardzo podobało się ujeżdżanie dostawczakiem. Po dwóch dniach nieśmiało go spytałem, czy nie boi się tak jeździć bez dokumentów… Jego odpowiedź lekko potrząsnęła moim poczuciem praworządności: „A w czym problem? Załatwiłem sobie na policji zaświadczenie, że zatrzymali dokumenty za stan techniczny!”

* * *

Niestety, znowu parę faktów z autobiografii.
W 1989 r. zapisałem się do Inowrocławskiego Klubu Samochodowego AB i jesienią tegoż roku wziąłem udział w moim pierwszym w życiu turystycznym rajdzie samochodowym. Jako załoga uzyskaliśmy miejsce gdzieś w połowie stawki, co uznałem za sukces. „Karierę” rajdową kontynuowałem przez jeszcze wiele lat, ale generalnie to podczas tego pierwszego rajdu „zalągł” mi się w glowie pomysł zorganizowania rajdu poligraficznego. Generalnie dziwny to był pomysł, bo w tym czasie drukarnia była tylko jedna, a wśród załogi (lata 1989/90) wcale nie było zbyt dużo samochodów. Pomysł spotkał się z poparciem dyrekcji drukarni, a prezes klubu Krzysztof Studziński wziął baaaardzo czynny udział w przygotowaniach do rajdu (o skali których nie miałem zielonego pojęcia). W efekcie splotu tych wszystkich pozytywnych czynników w maju 1990 r. odbył się I Rajd Samochodowy Poligrafów, a opinie uczestników wygłaszane na mecie (poza obowiązkowymi w takich sytuacjach pretensjami) były na tyle budujące, że obiecałem zorganizować następny rajd. (Nota bene – w tym okresie był to prawdopodobnie pierwszy w Polsce stricte branżowy turystyczny rajd samochodowy…) I tak organizowałem rajdy rok w rok aż do 1996 roku, kiedy to miał miejsce VII Rajd (który się fizycznie odbył). Z uwagi na coraz mniejsze zainteresowanie, VIII rajd (1997) mimo całkowitego przygotowania, nie odbył się, a ja porzuciłem plany organizacji kolejnych rajdów – nic na siłę, ludzi to przestało interesować, więc dajmy sobie spokój.

Ów błogi spokój trwał do roku 2003, kiedy to Tadeusz nagle zaproponował, by reaktywować Rajdy Poligrafów, i by pod Jego egidą towarzyszyły obchodom Dnia Drukarza w POZKALu. Nic więcej nie było mi trzeba, i w 2003 roku odbył się IX Rajd (numerację zachowałem). O dziwo – po latach przerwy zainteresowanie rajdami wzrosło, dzięki czemu dla Tadeusza zorganizowałem jeszcze 11 rajdów… Początkowo pomagał mi IKS, ale że z roku na rok było to w coraz mniejszym stopniu, w końcu z tej pomocy zrezygnowałem, bazując na pomocy żony Danki, POZKALu i paru wypróbowanych przyjaciół. Ciekawie dla Tadeusza i rodziny było w 2011 r. na XVII Rajdzie – przed którym, dzięki pomocy miłośnika starych samochodów Arkadiusza Kostucha, zorganizowałem sentymentalną przejażdżkę odrestaurowanym „ogórkiem” pn. „Szlakiem Tadeusza – od Cegielnej do Cegielnej, czyli śladami obiektów POZKALu”.  Zmienna passa rajdowa trwała praktycznie do roku 2014 (XX Rajd), kiedy to – obserwując ponowny spadek zainteresowania tego typu imprezami – ogłosiłem DOŚĆ! O dziwo – Tadeusz zgodził się z moim zdaniem. Moja luźno rzucona propozycja, by takie rajdy organizować nie co roku (bo się przejadły), ale np. co 5 lat (będą atrakcyjniejsze, np. w jubileusz firmy) – nie spotkała się z odzewem. Cóż – Tadeusz już na nią nie odpowie…

* * *

Tadeusza nie ma już wśród nas…
Ale niech wszelkie wspomnienia o Nim z nami zostaną
– w pełni na to zasłużył całym swoim życiem.

Przemysław Miklas

PS.
Powyższej opowieści nie ilustrowałem zdjęciami (chociaż powinienem), ale można je w obfitości znaleźć w części „Wspomnienia w obiektywie”, a mniemam, będzie ich tam więcej.