Bogusław Cilski

ON NAPRAWDĘ KOCHAŁ LUDZI

Z Tadeuszem Chęsy zapoznał mnie mój ojciec Marian wiosną 1991 roku. Panowie znali się, bo ojciec przez pewien czas pełnił obowiązki dyrektora Drukarni Kujawskiej będąc jednocześnie dyrektorem Zakładu Wydawnictw CZSR „Samopomoc Chłopska” Oddział Sprzedaży w Inowrocławiu. Ojciec przekazał mi, że pan Chęsy ma problemy z komputerem i potrzebuje pomocy.

Pracowałem wówczas w Inowrocławskich Zakładach Chemicznych na Oddziale Uzdatniania i Obiegów Wodnych. Dorabiałem zajmując się serwisem komputerów. Był to czas, kiedy komputer na biurku dodawał prestiżu, ale tylko nieliczni myśleli o praktycznym jego wykorzystaniu w biznesie.

Zadzwoniłem do pana Chęsego, który po krótkiej rozmowie zaprosił mnie, na następny dzień, do swojego domu. Po przywitaniu zaprowadził mnie do pokoju na piętrze, gdzie na dużym stole stał komputer i płaski skaner. Miałem uruchomić ten zestaw. To było pierwsze zlecone mi przez pana Tadeusza zadanie. Wspomniany zestaw został przetransportowany do mieszkania moich rodziców i przez kolejne miesiące wykonywałem przy jego pomocy prace zlecone przez Szefa. Umowę o pracę podpisałem 1 listopada 1991 roku.

***

Podróże służbowe z Tadeuszem były bardzo pouczające, szczególnie te pierwsze, gdzie się dopiero nawzajem poznawaliśmy. Jeździł wtedy beżowym, może niektórzy powiedzieliby brązowo-złocistym, Polonezem Caro. W samochodzie woził z sobą zaprawdę dużą czarną teczkę. Siedząc za kierownicą, trzymając ją lewą ręką, nie odrywając wzroku od drogi, sięgał prawą ręką za siebie prosto do leżącej na tylnej kanapie torby. Po chwili ręka wracała wyposażona w bułkę i kiełbasę. Oczywiście wcześniej każdy z podróżujących został już obdarowany takim samym zestawem. Opowiadał, jak planuje każdą podróż i pierwszy punkt to wizyta w znanym sobie sklepiku z chrupiącymi bułeczkami i pachnącymi wędlinami. Pamiętał o porcji dla każdego z podróżujących.

***

Podczas normalnych dni pracy nie było czasu na długie rozmowy, a Tadeusz lubił rozmawiać i co ważniejsze potrafił słuchać. Niedostatek rozmów odbijał sobie właśnie podczas podróży. Zadawał niebywale wiele pytań. Interesował się bardzo różnymi tematami, a gdy czegoś nie wiedział to potrafił niezliczoną ilość razy powracać do tego tematu, a to z jednej, a to z drugiej strony wiercił przysłowiową „dziurę w brzuchu” tak długo, jak długo nie miał wyrobionej opinii, zdania na dany temat.

Nauczył mnie wtedy, jak ocenić błyskawicznie miejsce, w którym jesteśmy pierwszy raz, i to niezależnie od tego czy to było miejsce na posiłek w podróży, czy miejsce spotkania biznesowego. Powiedział: „Wystarczy, że wstąpisz do toalety i zobaczysz jak wygląda, a już wiesz czego możesz się spodziewać po całej tej firmie”. Zaskakujące w jak wielu przypadkach to się sprawdza. Był pragmatykiem i nie dawał się zmylić pomalowanym murom od frontu, chciał znać od kuchni co to jest za miejsce, co to za firma.

***

W zimie, niedługo po podpisaniu umowy o pracę, Tadeusz zawiózł mnie do jednorodzinnego domku „na górce” w Mątwach. Pamiętam, że był mroźny wieczór, bo śnieg „skrzypiał” pod butami. Przywitało nas starsze małżeństwo. Oprowadzani przez domowników obejrzeliśmy parter, a następnie po drabinie weszliśmy na poddasze. Staliśmy lekko pochyleni
w mrocznym pełnym pajęczyn i kurzu pomieszczeniu. „Tutaj będzie twoje i Iwonki (Iwony Suchomskiej) biuro” – powiedział – „Moje biuro będzie po drugiej stronie”. W tym momencie nie potrafiłem sobie wyobrazić tego, o czym mówił mój Pracodawca. Prawdę powiedziawszy zastanawiałem się czy mnie nie wkręca.

W drodze do domu Tadeusz mówił, gdzie wstawi maszynę do druku, gdzie będzie ciemnia dla Przemka (Przemysława Miklasa), gdzie stanie krajarka i nie do końca jeszcze widział miejsce dla stołów montażowych. Mówił i mówił, a ja słuchałem. Nie sprzeciwiałem się tej wizji, ale kompletnie do tego nie byłem przekonany.

Wczesną wiosną pojechaliśmy kompletować wyposażenie biura. Biurka, stoły i inne meble zostały odkupione od likwidowanych firm. Na Poznańskiej mały szok – dom, a właściwie teraz już nowa siedziba firmy, otynkowany, nowe wszystkie okna i drzwi. Wnosimy meble do środka i tu kolejny szok – na parterze na całą długość domu zrobiona hala, wszędzie na podłodze kafelki, centralne ogrzewanie na piec elektryczny, nowa toaleta i jeszcze pomieszczenie na ciemnię. Schody na poddasze nie przyćmiewają, ale pomieszczenia już tak, bo są biura, których nie mogłem sobie wyobrazić, jest szatnia, montażownia i pomieszczenie socjalne. Czysto, schludnie… i pusto.

***

Pracę w nowej siedzibie Zakładu Poligraficzno-Wydawniczego POZKAL rozpocząłem od renowacji przywiezionych mebli. Jak tylko wysechł lakier na meblach, nastąpiły przenosiny najpierw moje, później Przemka i Mirka (Mirosław Rzeczewski), a jako ostatnia dołączyła Iwonka wraz z POLSETem, który dotychczas miała zainstalowany w swoim mieszkaniu. „Przygotowalnia” ZPW POZKAL składała się z 3 komputerów, dwóch drukarek laserowych, skanera, dwóch stołów montażowych i ciemni z aparatem. Pracownicy to: Przemysław Miklas – kierownik i fotograf, Iwona Suchomska – skład i łamanie, Mirosław Rzeczewski – montażysta i ja – skanowanie, grafika i nadzór nad sprzętem.

Tadeusz skompletował i wyposażył zespół, który kilka lat zapewniał przygotowanie wszystkich materiałów do druku.

Stanowisko pracy na ul. Poznańskiej 281.

***

Telekomunikacja Polska obiecała w najbliższych latach podłączyć telefon na Poznańskiej, więc aby zapewnić komunikację z siedzibą firmy na ul. Topolowej, Szef zakupił dwa CB Radia, jedno zainstalował w domu, a drugi zestaw w korytarzu między biurami na ul. Poznańskiej. Ustaliliśmy kanał do komunikacji, ale nie mieliśmy na niego wyłączności co prowadziło często do komicznych, a czasami i stresujących sytuacji. Pamiętam jak powstała przerwa w druku i potrzebna była decyzja Szefa. Drukarz podchodzi do CB Radia, a tam trwa konwersacja. Czeka chwilę, dwie, bierze mikrofon i woła: „Topolowa, Topolowa odezwij się.” Cisza, nic nie słychać. Ponownie: „Topolowa, Topolowa odezwij się.” Tym razem odzew był, ale jaki: „Ku… co się wpie… w naszą rozmowę.” Poszła wtedy w  eter cała nieparlamentarna wiązanka. Z drugiej strony, my na Poznańskiej, bojąc się, że nie usłyszymy wywoływania z Topolowej byliśmy cały czas na głośnym nasłuchu. Wiązało się to z wysłuchiwaniem często bardzo prywatnych rozmów, a jednak prowadzonych w formie dostępnej dla wszystkich. Dziś myślę, że to były wstępne próby przed Big Brother’em.-:)

***

W latach 1993-1996 ZPW POZKAL prowadził produkcję przy ul. Ks. B. Jaśkowskiego 3. Tam miałem okazję pobrać od Tadeusza lekcję dotyczącą marketingu u podstaw. Było to tak: skończyłem pracę i wychodziłem z drukarni, biuro DTP mieściło się na piętrze tuż nad gabinetem Szefa, więc aby wyjść musiałem najpierw zejść po krętych schodach i następnie przejść obok drzwi do jego gabinetu. Drzwi się otworzyły – „Bogdanek, gdzie ty idziesz?” – spytał Szef. „Do Artpressu.” – odpowiedziałem. Tutaj dla wyjaśnienia muszę dodać, że Tadeusz pracował od rana do wieczora, często do późnego wieczora, i oczekiwał od pracowników podobnego zaangażowania. Pensje mieliśmy dwa razy wyższe od średniej, ale nie mieliśmy stałych godzin pracy – była praca do wykonania to pracowaliśmy tak długo, aż ją wykonaliśmy. „Gieniu (Waloch) może poczekać chwilę. Masz tutaj cukierki i jak będzie wycieczka przedszkolaków wychodziła to ich poczęstuj, bo ja muszę lecieć.” – powiedział wręczając mi tacę ze słodyczami. „Dobrze dam każdemu dzieciakowi po cukierku.” – odpowiedziałem. „To nie są dzieciaki, to są nasi przyszli Klienci.” – powiedział z mocą Tadeusz – „My musimy ich sobie wychować.”

Przez lata drukarnię odwiedziło wielu przedszkolaków, uczniów i studentów.

***

W 1996 roku, 1 kwietnia, Tadeusz kupił w drodze przetargu Drukarnię Kujawską „Visal”
Sp. z o.o. Zabrał dyrektora Zbigniewa Chmiela i mnie na pierwszą po zakupie wizytę w drukarni. Tadeusz i Zbyszek wracali do dobrze znanego sobie miejsca, bo obydwaj pracowali tutaj w czasach PRL-u na stanowiskach kierowniczych. Dla mnie była to pierwsza wizyta w drukarni. Uderzyła mnie przygnębiająca cisza na hali produkcyjnej, gdzie półmrok rozświetlały nieliczne, żółto świecące żarówki. DK została sprzedana, bo bankrutowała, a w tym samym czasie Zakład Poligraficzno-Wydawniczy POZKAL pracował „pełną parą”.

Podobnie, jak kilka lat wcześniej na ulicy Poznańskiej, Tadeusz już miał w głowie poukładane, gdzie wstawi maszyny z ul. B. Jaśkowskiego, a które trzeba będzie sprzedać. Pewne pomysły konsultował ze Zbyszkiem. Obaj byli bardzo wzruszeni, w pewnym sensie wracali do korzeni.

***

Pewnego ranka w Wigilię, przyjechałem do drukarni zweryfikować wykonanie backupów.
W firmie byli tylko pracownicy ochrony, ale przed dziewiątą przyjechał Szef. Przyszedł do serwerowni i zapytał się – „Bodziu, może pojedziemy na cmentarze?” – Zgodziłem się. Zaczęliśmy od cmentarza parafialnego parafii p.w. św. Mikołaja, a później odwiedzaliśmy kolejne. Szukaliśmy grobów inowrocławskich poligrafów, bliskich zmarłych, znajomych. Niektórych pamiętałem, z innymi miałem przyjemność pracować, a o tych starszych Tadeusz opowiadał historie starając się mi ich przybliżyć. Stawaliśmy przy grobie, zapalaliśmy znicz potem krótka modlitwa i szliśmy szukać następnego. W kolejnych latach umawialiśmy się już wcześniej na odwiedzanie grobów i czy to w Wigilię czy w Sylwestra zapalaliśmy znicze na grobach, których z roku na rok przybywało. Czasami ktoś do nas dołączył, pamiętam jak dwa lata z rzędu „kolędował” z nami Edmund (Adam) Komoński.

Tadeusz darzył wielkim szacunkiem tych co już odeszli do wieczności. Jego zaangażowanie w przywrócenie pamięci o dyrektorze Józefie Aleksandrowiczu (Jazep Najdziuk), czy Prezydencie Józefie Krzymińskim to nie przypadek. On przecież był kontynuatorem ich dzieła. Chciał by była widoczna sztafeta pokoleń.  

***

W 2007 roku rozpoczęliśmy realizację projektu z dofinansowaniem ze środków UE, którego elementem było opracowanie i uruchomienie platformy analityczno-kontrolingowej. Tadeusz dał nam bardzo dużą swobodę przy wyborze ofert i samym wdrożeniu. Powiedział, że do niego mamy się udawać tylko w sprawach, w których nie możemy osiągnąć konsensusu. Mylił by się każdy, kto by pomyślał, że sprawę delegował i miał ją z głowy.

Po analizach i opracowaniu planu wdrożenia przyszedł czas uruchomienia poszczególnych funkcjonalności platformy. Centrum tych działań było umiejscowione na Sali Konferencyjnej, do której wejście było vis-à-vis drzwi do gabinetu Prezesa. W pierwszym dniu  ustaliliśmy zasady organizacji pracy pomiędzy nami i pracownikami firmy wdrożeniowej oraz zatwierdziliśmy szczegółowy plan. Następnego dnia przychodzimy na 7:00 do pracy, a tu Tadeusz kończy na Sali rozstawiać półmiski z wędlinami, serami, pieczywem itp. Tak było każdego dnia podczas wdrożenia platformy. Rano robił zakupy i przygotowywał półmiski ze smakołykami. Pierwszego dnia próbowałem oponować, ale powiedział, że teraz wdrożenie jest najważniejsze, a on oczekuje bardzo dobrych efektów i nie chce abyśmy zaprzątali sobie głowę czymkolwiek innym.

To nie było jego odosobnione zachowanie. Tadeusz nie raz powtarzał – „Co mogę zrobić, żebyś mógł spokojnie pracować?”.  Czasami to wyglądało jakby się dopominał dodatkowych prac dla siebie. Między pracownikami mówiliśmy, że „nasz Szef to potrafi wyczyścić każde przedpole”. Nigdy nie odmówił mi, gdy zwracałem się do niego o pomoc. Cieszył się tym, że może pomóc.

***

Po zakupie SOLANKI Uzdrowisko Inowrocław Tadeusz, jeszcze przed oficjalnym przejęciem, chodził już oglądać budynki, zaglądał do środka pomieszczeń, patrzył co kto robi, jak funkcjonuje firma i planował zmiany. Brakowało mu informacji z pierwszej ręki o bieżących wskaźnikach ekonomicznych SOLANEK. Zaprosił mnie byśmy złożyli wizytę ówczesnemu Prezesowi. Zostaliśmy przyjęci w gabinecie. Po krótkich grzecznościowych zwrotach przeszliśmy do konkretów: „Jak wygląda komputeryzacja firmy?” – zadałem pytanie. „Ja nie wyobrażam sobie pracy bez komputera.” – odpowiedział Prezes. „Z jakich aplikacji Pan korzysta?” – pytałem dalej. „Internet, poczta.” – padła odpowiedź. Tadeusz już się niecierpliwił i zadał pytanie: „Ile jest dziś kuracjuszy i ilu pracowników jest w pracy?”. Prezes odpowiedział: „Nie wiem, muszę się zapytać.” Tadziu drążył dalej:
„No, a w komputerze nie może Pan odczytać?”. „Nie, w komputerze nie mam tych informacji.”

Tadeusz, który codziennie w drukarni oglądał na komputerze raporty z produkcji i sprzedaży był wielce zniesmaczony tym, że Prezes nie zna podstawowych wskaźników funkcjonowania firmy. Już nie było więcej pytań.

***

W dniu pogrzebu poszedłem do kościoła p.w. Św. Mikołaja na mszę świętą odprawianą
w intencji śp. Tadeusza. Po odmówionej modlitwie usiadłem w ławce. Dyskretnie rozglądałem się po kościele, zobaczyłem portret Tadeusza i o zgrozo na telebimie napis „śp. Tateusz Chęsy”. Myślałem, że błąd już ktoś zgłosił i za chwilę będzie po korekcie. Czekałem minutę, dwie, trzy i nic. W końcu wstałem i poszedłem do zakrystii. Poinformowałem kościelnego – „Tadeusz, a nie Tateusz”. Wróciłem do ławki. Po chwili napis na telebimie został poprawiony i jak przyszła pogrążona w smutku Rodzina był już prawidłowy.

Przyszła mi do głowy taka refleksja – „Tadziu dał mi swoje ostatnie zadanie do wykonania.” Lubiłem pracę u niego i dla niego.

Zaliczał mnie do licznego grona swoich przyjaciół. Zdarzały się nam zażarte spory. Czasami zachowywaliśmy się niczym walczące koguty. Jego to pobudzało do działania. On potrzebował adrenaliny. Był cholerykiem o wielkich pokładach miłości. Potrafił mówić rzeczy przykre i niemiłe, nie po to by sprawiać komuś ból, ale po to by go zmienić i był pierwszym do pomocy przy tej zmianie.

Widziałem nie raz, jak się cieszył, gdy widział radość i zadowolenie wśród tych, których wciągał w ten czy inny sposób, często z oporami i bez wiary w sukces, w realizację swoich projektów. Z czasem stał się synonimem sukcesu i wątpiących było coraz mniej. Kochał muzykę i zapewne dlatego w życiu szukał harmonii i tworzył harmonię.

Myśląc o Tadziu często stają mi przed oczami dwa obrazy. Pierwszy to rozpoczęcie konferencji w 2002 roku, gdzie z otwartymi ramionami wita wszystkich gości. Drugi to otwarcie magazynu w 2018 roku, gdzie również z otwartymi ramiona zaprasza wszystkich pracowników do siebie.

Rok 2002 – Otwarcie „Ogólnopolskiej Konferencji Poligrafów”.
Rok 2018 – Uroczyste otwarcie magazynu wysokiego składowania w Drukarni POZKAL.

On naprawdę kochał ludzi.

Bogusław Cilski